21 styczeń 1945 roku. Od strony Bugaja w kierunku Zakrzowa wjeżdża do lasu duży czarny Opel. Z prawej strony w kierunku drogi, którą porusza się samochód, zbliża się trzyosobowy partyzancki patrol. Jest za daleko, aby zatrzymać jadący samochód. Oddają w jego kierunku kilka strzałów, ale samochód tylko przyspiesza – nie ujedzie daleko.
Niespełna 100 metrów dalej drugi, co najmniej pięcioosobowy, partyzancki patrol jest na drodze. Tym razem kierowca samochodu widząc wymierzone w jego kierunku lufy nie ma wyboru, zatrzymuje się. Jeden z partyzantów otwiera z prawej strony drzwi samochodu, drugi trzymając w ręce odbezpieczony automat mierzy w stronę pasażera, oficera niemieckiego w randze majora (w moim odczuciu na podstawie innych przesłanek był to zakamuflowany generał). Tym partyzantem jest doskonale znający język niemiecki, młody dwudziestoletni Tadeusz Chromecki. Mierząc w Niemca wydaje polecenie: ,,hende hoch”! Odpowiedź Niemca brzmi: ,,keine hende hoch” ( żadne ręce do góry), polecenie zostaje powtórzone: ,,noch einmal: hende hoch”( jeszcze raz: ręce do góry) i tym razem Niemiec lekceważy polecenie. Tym razem Chromecki już nic nie mówi, tylko wciska w szyję Niemca lufę Schmeisera i naciska spust, kilka celnie skierowanych pocisków zakańcza drogę do Vaterlandu obłowionego na wschodzie hitlerowca. Powstaje lekkie zamieszanie, z czego korzysta kierowca – stary frontowy wyga, wyskakuje z samochodu i ucieka. Pada w jego kierunku kilka nieskutecznych strzałów, ucieka kryjąc się w lesie, przywiera do ziemi. Bacznie obserwuje partyzantów. Ci rewidują zabitego zabierając dokumenty, broń i to co uważali za wartościowe.
Zostawiając leżącego na ziemi Niemca i samochód, schodzą w dół w stronę Bugaja, udając się do dwóch domów należących do Zakrzowa. Kierowca to zapamiętuje i wieczorem udaje mu się niezauważenie wycofać się w stronę Kalwarii. Na szczęście nie widział, że pozostawionym samochodem zajęło się dwóch młodych chłopaków, którym udaje się go sprowadzić na dół i ukryć w szopie już na terenie Bugaja.

Wcześnie rano tą samą drogą wycofuje się grupa Niemców wraz z ubranymi na czarno żołnierzami – jak wspomina jeden ze świadków zdarzenia. Byli to niewątpliwie znani z okrucieństwa Własowcy. Kierowca, któremu udało się uciec, wskazuje im domy Wędzinów i Królikowskich, gdzie udali się partyzanci. Następuje brutalna pacyfikacja, w której ginie siedmiu mieszkańców i jeden partyzant, w sumie osiem ofiar totalitaryzmu niemieckiego. Domy zostają spalone.

Niespełna sześć tygodni później, wieczorem dwóch uczestników wspomnianej likwidacji uciekającego hitlerowskiego oprawcy, idzie z Bugaja do Dąbrówki. Są to 19-letni Eugeniusz Nowak i o rok starszy Tadeusz Chromecki, który jako urodzony w Biesku, wcielony do Wermachtu, jako obywatel Rzeszy nie wrócił na front wschodni. Powracając po wyleczeniu odniesionych ran zatrzymał się u cioci na Bugaju i po zrzuceni znienawidzonego munduru niemieckiego, zasila lokalny oddział partyzancki. Obaj gościli u wspomnianej cioci, gdzie trafili na pieczenie chleba. Z ciepłym bochenkiem, ciesząc się z kończącej się wojny, szli przed siebie. Po drodze wstąpili do kolejowej budki, gdzie dawniej mieli kontakt Akowski. Tutaj czekali na Nich przedstawiciele ,,nowej władzy,, realizujący program NKWD, mający na celu likwidację członków AK, wskazywanych jako zdrajców i wrogów Polski.
Wynika z tego jasno, że komunistyczny program budowy „socjalistycznego dobrobytu” zauroczył pewną grupę ludzi. Zostali zatrzymani, a następnego dnia mieli być doprowadzeni do Wadowic. Prowadził Ich związanych razem aktywista nowej władzy 37 letni J.L. Zapewne z biało-czerwoną opaską na ręce i słynną „pepeszą” na ramieniu. W czasie wojny bał się powąchać prochu, ale teraz był niezagrożonym panem życia i śmierci. Po drodze prawdopodobnie aby mieć pretekst, kazał Im uciekać i „se ich zastrzelił”. Widać w Stryszowie musiał panować już czerwony terror, bo zdarzenia nie odnotowano w kronice i nie zostali pochowani na cmentarzu, a tam gdzie oddali swoje młode życie, w małym lasku. To ofiary drugiego totalitaryzmu, tym razem komunistycznego.

Leżeli tam do 1968 roku, kiedy zostali ekshumowani i przeniesieni na cmentarz w Kalwarii. Tym miejscem, w którym byli pochowani jako grobem nieznanego żołnierza (teraz już będą wiedzieć kto tam był pochowany ), do dzisiaj opiekują się dzieci ze Szkoły Podstawowej w Dąbrówce – jakież to patriotyczne wychowanie.
Niestety władze Gminy o tym chyba nie wiedzą. Mimo, że minęło już 80 lat od tych tragicznych wydarzeń, nie potrafiły do tej pory upamiętnić Tych Ofiar. Czy to tak trudno, przy jednej i drugiej drodze, w pobliżu tych tragicznych miejsc osadzić niewielkie kamienie, ze stosownymi napisami, aby te tragedie ocalić od zapomnienia? To dla młodych pokoleń! Ale to trzeba chcieć! A tu chyba brak dobrej woli, bo finansowo to nie jest chyba problem.
Wielka szkoda, bo byłby to wdzięczny temat dla znanego programu telewizyjnego „Było, nie minęło”. A to jest medialne.






Dodaj komentarz